niedziela, 6 lipca 2014

Strach



-To twój dziadek. Jest na strychu.

Konstancja niewiele myśląć pobiegła co sił w nogach na strych. Lulu biegła tuż za nią wołając pozostałą służbę, by szybko zebrali się w salonie, miała przeczucie,że coś się stało.
Gdy Konstancja dotarła na strych, jej oczom ukazał się straszny widok.
W dachu była wielka dziura, przez którą jakaś niewyjaśniona siła, ciągnęła jej dziadka do góry.

-Dziadku!-krzyknęła Konstancja-Co się dzieje?


-Konstancjo musisz znaleźć Lilou. Tylko ona jest ci w stanie pomóc. Pamiętaj Konstancjo! Pamiętaj!

Tylko tyle zdążył jej powiedzieć nim całkowicie zniknął. Konstancja opadła na kolana i zaczęła płakać.

-Panienko?


-Lulu coś o zabrało. Zabrało mojego dziadka...Co ja mam teraz zrobić?


-Czy twój dziadek zdążył ci coś powiedzieć?


-Mówił jedynie coś o jakiejś Lilou...Przecież ja nawet nie wiem kto to jest!


-Ja wiem...


-Jak to? Lulu, co to ma znaczyć? O co chodzi? Nie rozumiem... Co wy przede mną ukrywaliście?


-Konstancjo czas abyś poznała prawdę,ale nie tutaj. Chodźmy do salonu. Wszyscy tam już na nas czekają.


-Jak to wszyscy?

Gdy Lulu i Konstancja weszły do salonu cała służba już tam na nich czekała. Nie byli przerażeni. Stwarzali wrażenie ludzi gotowych do walki. Lulu kazała Konstancji usiąść na fotelu i zaczęła mówić.

-Wszyscy wiedzieliśmy, że to kiedyś nadejdzie. Pan Kelt przygotowywał nas na to. Wiedział, że w końcu przyjdą po niego. Obiecaliśmy mu służyć do samego końca i zadbać o to, by Konstancja wypełniła swoje przeznaczenie. Konstancjo, nie jesteś zwykłą dziewczyną i nie pochodzisz ze zwykłej, śmiertelnej rodziny.


-Jak to?- zdziwiła się Konstancja

-Konstancjo, twoją babką była faeria Mimith,a matką faeria Lilith.


-Nie rozumiem. Czy to oznacza,że...


-Tak,w twoich żyłach płynie krew wróżek.


-A mój tata? Dziadek?


-Twój dziadek był strażnikiem bramy. Strzegł wejścia do świata faerii. Gdy poznał twoją babkę zakochał się w niej,a ona w nim. Jednakże ona pochodziła z królewskiego rodu i jej rodzina nie zgadzała się aby wyszła za niego za mąż. Ona nie ustąpiła, dla niech jej ojciec zmienił kodeks.


-To czemu w takim razie mieszkamy tu,a nie w świecie wróżek?-spytała podejrzliwie Konstancja


-Widzisz, twój pradziadek zmienił kodeks dla własnej córki,ale niestety twój dziadek nie mógł uczynić tego dla swojej córki,a twojej matki.

-Jak to?


-Twoja mama raz w życiu wyszła na powierzchnię. W świecie wróżek jest to surowo zabronione. Może nikt by sie o tym nie dowiedział, ale ona ukazała się mężczyźnie,który się w niej zakochał,a ona w nim.


-Czyli mój ojciec był śmiertlenikiem?


-Tak.


-Ale czemu dziadek nie mógł zmienić dla niej kodeksu?


-Ponieważ w tamtym czasie wybuchło wielkie powstanie, na czele którego stała Sylith, młodsza siostra twojej babki. Sylith poznała tajniki czarnej magii, zawarła pakt z Lucyferem, w zamian za pomoc w zdobyciu władzy obiecała mu, że zostanie jego żoną. Jednakże nie dotrzymała obietnicy. Po objęciu tronu rozpoczęła walką z Lucyferem,ale nie przewidziała, że on jest od niej silniejszy i potężniejszy. Pokonał ją i tym samym zdobył władzę.

-Ale w takim razie jak babci, dziadkowi, mamie udało się przeżyć?


-Uciekli na powierzchnię. Sylith nie miała aż tak wielkiej mocy, by ich tu zabić.


-To co się teraz stało z dziadkiem?


-Widzisz, Lucyfer nie ma pełnej władzy i nie będzie jej miał, dopóki cały ród prawowitych władców nie zostanie wymordowany.

-Jak to?!

środa, 2 lipca 2014

Burza



Choć dziadek Konstancji nie pracował, ani nie odziedziczyli żadnego spadku, to stać ich było na mieszkanie w tym domu, zatrudnienie lokaja, pokojówek, francuskiego kucharza, ogrodnika i sprzątaczek. Dziewczyna często zastanawiała się jak to jest w ogóle możliwe, ale jej dziadek nigdy nie był skory do rozmowy i większą część czasu spędzał samotnie. Przez to Konstancja poznała dokładnie losy ludzi pracujących u nich w domu i zaprzyjaźniła się z nimi. Stali się dla niej rodziną, której tak bardzo potrzebowała. Po wejściu do domu, zrzuciła ze stóp swoje turkusowe japonki i pobiegła od razu do kuchni, do kucharki Lulu.

-Witaj Lulu.


-O, panienka już w domu. Zaraz podam obiad. Jak było w szkole?


-Spokojnie Lulu, nie jestem nawet głodna. A w szkole jak w szkole. Trwają przygotowania do letniego balu, głównymi tematami są sukienki, faceci... Sama wiesz.


-Ale ciebie to nie interesuje, prawda?


-Znasz mnie doskonale.


-I wiem, że coś się dręczy. Sen?

-Tak. Znowu śniło mi się to samo i nie wiem co to oznacza. Lily mówi, że to nic. Ale przecież jak byłam młodsza to nie śnił mi się. Dopiero jak babcia i rodzice...-głos Konstancji zaczął się załamywać,a w oczach pojawiły się łzy-dopiero od tego momentu... On po prostu musi coś oznaczać.

-Rozmawiałaś z dziadkiem?


-Lulu sama wiesz jaki on jest. Samotny, zamknięty w sobie. Już parokrotnie próbowałam z nim na ten temat porozmawiać,ale niestety nie udało mi się.


-Rozumiem.


-A gdzie on teraz jest? Nadal na strachu?

Jednakże Lulu nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ silny wiatr wdarł się przez uchylone okno. W tym samym momencie niebo zasnuło się ciemnymi chmurami i zaczął padać silny deszcz, a właściwie nie padać, tylko lać.

-O matko, co się dzieje?!-Lulu się przeraziła i przeżegnała, choć jest niewierząca-Toż to niezwykłe i przerażające zarazem!

Nagle z oddali usłyszały: ,,Konstancjo! Konstancjo!''

niedziela, 22 czerwca 2014

Bo w tobie jest magia

Czułam,że spadam coraz niżej, niżej i niżej. Wiedziałam,że nie można spadać w nieskończoność i gdy już wydawało mi się, że rozbiję jakaś tajemnicza siła ciągnęła mnie w górę...

 -Panno Kelt!

 Aż podskoczyłam na dźwięk swojego imienia.

 -Tak pani Rosmund?
-Jak brzmi odpowiedź?

Ale na co? Gorączkowo zastanawiałam się o co mogła mnie spytać, błagalnym wzrokiem spojrzałam na siedzącą obok Lily. Na szczęście ona już podsunęła mi swój zeszyt z odpowiedzią.

-Przyprostokątna przy alfie podzielona przez przyprostokatną naprzeciw alfy.
 -Dobrze,ale postaraj się...

Niestety dźwięk dzwonka zagłuszył resztę odpowiedzi. Matematyka była tego dnia ostatnim przedmiotem w szkole. Po tak długim i męczącym dniu marzyłam jedynie o zimnym, odświeżającym prysznicu.
Lato w Palm Springs było istną męczarnią. Słońce nie dawało o sobie zapomnieć i nawet na krótką chwilę nie chciało skryć się za chmurami.

 -Znowu miałaś ten sen?-spytała Lily
-Tak.
-Spadałaś w dół?
 -I jakaś magiczna siła pociągnęła mnie w górę przed samym upadkiem.
 -Konst,ale to z pewnością zwykły sen. Czemu się tak nim przejmujesz? Przecież sny nic nie znaczą.
 -Lily zrozum, ten sen prześladuje mnie od paru miesięcy i ja wiem, że on coś oznacza. Nie wiem jeszcze tylko co.
-Próbowałaś z kimś rozmawiać na ten temat?
 -Z kim?
 -No nie wiem, na przykład z dziadkiem.
 -Wiesz, że od czasu śmierci babci i moich rodziców on żyje w swoim świecie. Całymi dniami przesiaduje na strychu porządkując jakieś stare fotografie i dokumenty.
-Nadal?
 -Niestety tak, choć z pewnością zrobił to już z milion razy.
-Konst chciałabym ci pomóc, ale naprawdę nie wiem jak.
 -Z pewnością jest tak jak mówisz Lily, to tylko zwykły sen, którym nie należy się przejmować.

Dziewczyny wsiadły do klimatyzowanego Mustanga Lily i odjechały w stronę dzielnicy Canyone Drive. Po paru minutach Lily z głośnym piskiem zaparkowała przed jedną z większych rezydencji na ulicy. Konstancja wysiadła i na pożegnanie krzyknęła do Lily.

 -Dzięki , do zobaczenia jutro!
 -Do zobaczenia!

Słówko na wstępie

Parę dni temu pewna osoba powiedziała mi, że chciałaby przeczytać coś, co napisałam.  Z początku ów pomysł odrzuciłam, ponieważ nie należę do osób, które lubią dzielić się swoją twórczością.  Jednakże po pare dniach ta myśl do mnie powróciła no i... jestem.

W sumie nie mam nawet pewności, że kogoś zainteresuje tematyka, mój styl pisania, ale w końcu do odważnych świat należy!